Kopalnia soli w Wieliczce

KOMORA WIELKIEJ LEGENDY
Jest to nie tyle komora, co szerzyna, pochodząca z XVII w, w której umieszczono (w 1967 r) kompozycję ilustrującą najstarszą z legend wielickiej kopalni, a mianowicie opowieść o księżnej Kindze. Kompozycja składa się z 6-ciu figur naturalnej wielkości, wykutych w soli. Przedstawiają one: księżną Kingę, rycerza polskiego, rycerza węgierskiego oraz trzech górników.
A oto treść legendy:
Księżna Kinga żyła w XIII w. Była córką króla Węgier Beli IV z dynastii Arpadów, i Marii – córki cesarza bizantyjskiego, a została żoną księcia dzielnicy krakowsko-sandomierskiej Bolesława Wstydliwego.
Legenda mówi, że królewna Kinga, przygotowując się do wyjazdu do Polski, zapragnęła bardzo, by oprócz posagu dla księcia Bolesława zabrać ze sobą jakiś dar weselny, którym mogłaby ucieszyć wszystkich swoich poddanych. Od ludzi bywałych dowiedziała się, że kraj nad Wisłą jest ludny i bogaty, ale cierpi na brak soli W jej natomiast kraju soli było pod dostatkiem. Kiedy opowiedziała o tym ojcu, ten dał jej w posagu szyb solny w krainie Maramures. Wówczas królewna – wiedziona dziwnym natchnieniem – udała się tam i w otchłań szybu wrzuciła swój zaręczynowy pierścień.
A potem, kiedy zbliżała się do Krakowa ze swoim orszakiem, przybywszy do osady o nazwie Wieliczka, kazała – wiedziona tym samym natchnieniem – kopać głęboki otwór w ziemi. Niebawem, na głębokości kilkudziesięciu łokci, znaleziono sporą bryłę soli, a w niej – cudowny pierścień królewny. Odkrycie okazało się ze wszech miar cenne, bo im głębiej kopano, tym więcej znajdowano soli. Wnet starczyło jej dla wszystkich mieszkańców kraju nad Wisłą i starczy po dziś – jak tego pragnęła bardzo węgierska królewna Kinga.

 

KOMORA SPALONE
Nazwa tej komory pochodzi od pożaru, który w 1740 r. strawił jej drewniane umocnienia. Warto wiedzieć, że historia kopalni zanotowała kilka groźnych pożarów. Największy z nich miał miejsce w 1644 r. Trwał on kilka miesięcy. Zginęło wtedy wiele ludzi i koni, zawalił się szyb „Boner”, spłonęły budynki szybowe.
Inne groźne dla górników niebezpieczeństwo stanowił gaz metan (CH4). Dobywał się on spośród górotworu i w komorach źle przewietrzanych gromadził się pod stropem. Żeby uniknąć wielkich i niespodzianych wybuchów, należało wypalać go często i systematycznie. Czynili to tzw. „wypalacze gazów”, oczywiście pod nieobecność innych górników. Sprzęt wypalaczy był prosty: opończa z kapturem – mająca chronić ciało i głowę przed oparzeniem, oraz niewielka żagiew – zatknięta na długim kiju, który pozwalał dosięgnąć gaz z pewnej odległości. Doświadczenie uczyło, że akcję należy przeprowadzać bardzo spokojnie, nie powodując zbyt gwałtownych ruchów powietrza, a więc najlepiej skradając się na łokciach i kolanach Nigdy oczywiście nie można było przewidzieć, ile w komorze nagromadziło się gazu, ani jak wielki da on płomień, czy ewentualnie wybuch. Rzecz zrozumiała, że na wypalaczy patrzano z szacunkiem, a tylko dla żartu zwano ich „pokutnikami”, czyniąc aluzję do ich czołgania się po ziemi.
Ustawione w komorze trzy postacie z soli, przedstawiają właśnie odważnych „pokutników” jak skradają się -„w podchodzie do gazu”. Kompozycję tę, podobnie jak i poprzednią, wykuł w soli górnik-rzeźbiarz Mieczysław Kluzek (1972 r.).

You May Also Like